przedwiośnie na roztoczu

Budziłem się kilka razy. To nie była spokojna noc. Obok łóżka czekał plecak z aparatem. W głowie miałem już kolejny plener. Do Polski na cały tydzień zawitała wyżowa pogoda. Niebo co prawda “blacha”, a chciałem jak najlepiej wykorzystać ten marcowy czas, bo ostatnie lata nie dawały takich szans. Na zegarze 4.30. Nareszcie mogę wyruszyć.

Z radia leniwie sączył się śpiew Haliny Frąckowiak o tym, że wszyscy wielcy już przestali grać. Zrobiło się na chwilę sentymentalnie. Od czasu kiedy z Trójki przerzuciłem się na Jedynkę często robi się sentymentalnie. Droga mijała z jednej strony szybko, bo kilometrów ubywało, ale czułem, że to jeszcze bardzo daleko. Dopiero we Frampolu ulga. Tiry zniknęły z drogi, zrobiło się spokojnie. Na chwilę przystanąłem i zaczerpnąłem świeżego, roztoczańskiego powietrza. Nie było jednak czasu. Szybko ruszyłem do pierwszego celu – Zwierzyńca. Po drodze fotografowałem kilka kapliczek. Przy jednej z nich nagle usłyszałem niepowtarzalny dźwięk stukających podków o asfalt. Wybiegłem na drogę i uwieczniłem na dwóch zdjęciach przejeżdżający wóz. Krzyknąłem za jadącym i roześmianym rolnikiem, ale nie zatrzymał się i szybko straciłem go z oczu.

_MG_7023

przedwiośnie na roztoczu

Zwierzyniec przywitał mnie szkolnym dzwonkiem. Rozległ się znienacka kiedy przygotowywałem sprzęt nieopodal Kaplicy na wodzie. Spokojnie, bez pośpiechu zrobiłem kilka zdjęć. Kolejnym punktem był Zamość. Śmieszna historia, bo już kilka razy podchodziłem do zdjęć na rynku i zawsze “coś”. Raz trafiłem na pozostawione rusztowanie, którego miało nie być. Innym razem na estradę zasłaniającą najładniejsze budynki, albo ogródki piwne. Zawsze “coś”. Tym razem było lodowisko. W 20 st.C pozostawione tuż przy ratuszu bagno ze roztopionym lodem.

_MG_5859

Robiło się coraz później więc bez ociągania ruszyłem w poszukiwaniu pofalowanych pól. Wyznaczyłem sobie obszar do zjeżdżenia. Po godzinie byłem już na miejscu. Obejrzałem kilka miejsc ze sporym potencjałem i ruszyłem pieszo w niekończące się pola. Wszystko wydaje się blisko, a w rzeczywistości jest daleko. Po godzinie dotarłem do miejsca, które zobaczyłem z drogi. W oddali niewiadomo skąd usłyszałem odgłos traktora. Szybko zrzuciłem plecak, zapiąłem obiektyw i czekałem. Trudno uwierzyć, ale przejechał po idealnej linii, w idealnym miejscu i w idealnym czasie. Kilka minut mogło sprawić, że bym tego nie zobaczył. Oczywiście czekałem w tym miejscu jeszcze dobre 30 minut, ale żaden rolnik już nie przejechał.

_MG_7032

_MG_7020

Słońce schodziło coraz niżej. Dookoła widziałem tylko ciągnące się po horyzont pola. Cisza. Przeszywająca na wskroś cisza mącona jedynie moim krokami. Ziemia oddychała. Była miękka, ale nie bagnista. Cienie rzucane przez miedze zaczęły się wydłużać. Powoli zacząłem wracać do samochodu. Niosłem ze sobą kilka zdjęć, które bardzo mnie cieszyły.

przedwiośnie na roztoczu

przedwiośnie na roztoczu

Zatrzymałem się w moim ulubionym miejscu tuż za Tokarami. Odkąd pamiętam na wzgórzu stał kamienny krzyż. Lekko się już sypał, ale było w tym miejscu coś niezwykłego. Ktoś jednak zabrał mi to miejsce. Pojawił się drewniany krzyż z betonową podstawą spełniającą unijne atesty. Miejsce jakby przestało istnieć. Zniknęło. Pozostały jedynie wspomnienia i te ciche roztoczańskie radości.

Roztocze to dla mnie nieodkryty teren. Kiedy je opuszczam wydaje mi się, że coś o nim wiem. Kolejne wizyty zdradzają jednak moje braki. Za każdym razem widzę coś nowego. Nie jest to łatwy teren. Wymaga czasu i cierpliwości. Tym razem po tym intensywnym dniu miałem do pokoniania jeszcze 100 km. Było po 19 kiedy zaparkowałem w Kazimierzu Dolnym…

Chcesz być na bieżąco i nie przegapić kolejnego wpisu? Zapisz się na mój NEWSLETTER. Regularnie będę informował Cię o nowościach i ciekawostkach z moich podróży!


Komentarz

Dodaj komentarz