_g162510

W moim zalanym deszczem notatniku, ostatniego dnia na plenerze zapisałem krótko – „…szaleństwo pogody”. Pisałem te słowa stojąc na skałach w okolicach Vareid. Wąska, stromo opadająca plaża nie przyciągała zbyt wielu fotografów, a co dopiero w lejącym jak z cebra deszczu. W ręce miałem zaciśniętą ściereczkę do wycierania filtra i walczyłem z kroplami deszczu. Kto by pomyślał, że jeszcze kilka dni wcześniej chodziłem w śniegu do pasa i ręce kostniały mi od mrozu!

pogoda na lofotach

Krótko podsumowując przeżyłem na Lofotach w marcu niemalże wszystkie pory roku. Lato jedynie na krótko się zaznaczyło, ale nie obyło się od zrzucenia kurtek i fotografowania w samej bluzie i to po zachodzie słońca. Pierwszy dzień to była klasyczna zima – taka jaką pamiętam z dzieciństwa. Padający śnieg w momencie oblepiał wszystko grubą warstwą. Drogi zrobiły się białe. Czuło się Boże Narodzenie w powietrzu. Kolejnego dnia przyszła lekka poprawa pogody – zobaczyłem słońce, kilka chmurek na niebie, a jego błękit przyprawiał o zawrót głowy. Po spokojnym zachodzie pożegnałem stabilną pogodę. Praktycznie każdego dnia padało, przepraszam lało. Z tej pięknej aury pogoda zmieniła się w najgorsze wydanie listopada. Deszcz, deszcz ze śniegiem, deszcz z nie wiadomo czym. Tak było już do samego końca. Słupek rtęci skoczył mocno powyżej zera i maksymalnie zobaczyłem +11 st.C. Najniższa temperatura jaką widziałem to było -6 st.C.

Osobnym rozdziałem na Lofotach jest wiatr. W górach kilka razy chciało mi głowę urwać, nad morzem zresztą też – na norweskich plażach mogłem doświadczyć tej podwójnej siły w jednym momencie. Tutaj można zapomnieć o postawieniu statywu bez opieki. Raz schyliłem się po rękawiczki i dzięki Bogu w porę zobaczyłem podnoszące się w górę nogi. Momentami wiało tak, że trzeba było mocniej stanąć na nogach i trzymać równowagę. Wiatr był zapewne głównym powodem tej szalonej i zmiennej pogody. Czasami widziałem jak pcha prosto na mnie chmurę z deszczem, ale często też w momencie ją zabierał. Najgorzej było z nim wieczorami. Utrudniał fotografowanie zórz, bo nie był sprzymierzeńcem długich czasów. Raz myślałem nawet, że drzwi się zatrzasnęły, bo nie mogłem wysiąść z auta, a okazało się, że wiatr dawał tak czadu, że szybko zrezygnowałem z wysiadania.

Z jednej strony taka pogoda stwarza dużo lepsze warunki do ciekawych zdjęć, ale z drugiej wiąże się z niesamowitą szkołą cierpliwości. Potrzebna jest też mocna wiara w to, że się przejaśni, bo czasami stalowe od chmur niebo nie dawało cienia nadziei, a już po kilku chwilach stałem w słońcu i walczyłem z flarami od światła. Widziałem już najróżniejsze pogody, ale takiego szaleństwa jak na Lofotach nigdy nie spotkałem. Co ciekawe przeglądając już dziesiąty raz te zdjęcia, dochodzę do wniosku, że najlepsze zrobiłem właśnie w „brzydką” pogodę, albo podczas chwilowego błysku słońca.

pogoda na lofotach

pogoda na lofotach

Cieszę się z perspektywy czasu, że tak nie trafiłem w pogodę. Obawiam się, że po tygodniu z błękitnym niebem nie byłoby, aż takich efektów na zdjęciach. Poza tym radość ze złapania tych krótkich chwili światła jest dużo większa. Sprzęt i ja mocno dostaliśmy w kość. Patrząc jednak teraz na jakże spokojny folder w komputerze, kiedy zaglądam do środka słyszę nadal szum fal i czuję na twarzy te same promienie słońca…

pogoda na lofotach

pogoda na lofotach

Komentarz

Dodaj komentarz