tatrzańskie krokusy

Pierwszy brzask pojawił się na niebie. Zrobiło się na tyle widno, że bez problemu mogłem ruszyć w głąb Doliny Chochołowskiej. Wyciągnąłem z bagażnika samochodu rower „Wigry III”. Szybko poprzykręcałem co trzeba i po chwili już mknąłem przed siebie. Nie jest to cud techniki, ale przemieszczałem się zdecydowanie szybciej niż pieszo. Ruszyłem kilka minut przed 6.00 i już po 7.00 przed oczami miałem szałasy na Polanie Chochołowskiej. Nigdzie nie musiałem się spieszyć. Czekałem na pierwsze promienie słońca, które budzą do życia zamknięte krokusy.

IMG_20140406_182839IMG_20140406_183036

_MG_6607

_MG_6403Zrobiłem kilka zdjęć i poszedłem do schroniska na śniadanie. Mam z tego miejsca bardzo dużo wspomnień i zawsze z sentymentem siadam przy oknie patrząc na Kominiarski Wierch. Gorąca herbata rozjaśniała myśli. Wspomnienia z końca lat 90-tych kiedy to całą paczką wędrowaliśmy po Tatrach Zachodnich. Czas się w tym miejscu zatrzymał. Zewnętrzne zmiany nie potrafią naruszyć tego co pozostało gdzieś głęboko we mnie. Z uśmiechem patrzyłem na puste krzesła i ławki, które wieczorami okupowaliśmy snując marzenia o górskich wspinaczkach. Były to czasy beztroskiej wolności.

IMG_1133

Słońce operowało po polanie wystarczająco długo. Wszystkie kwiaty były już otwarte i z radością czerpały kwietniowe promienie. Na Polanie mimo tego, że był to czwartek zaczęło pojawiać się coraz więcej ludzi. Ogarniał ich szał i na wszystkie sposoby próbowali uwiecznić krokusy i siebie w krokusach. Jedna pani zdobyła się na odwagę położenia w kwiatach i już w jej ślady poszły kolejne. Smutny widok ludzkiej bezmyślności. Sami przychodzą, żeby podziwiać piękno przyrody i swoimi buciorami niszczą to po co przyszli.

tatrzańskie krokusy

IMG_1114

tatrzańskie krokusy

Im więcej ludzi docierało na polanę tym czułem się tam coraz bardziej nieswojo. Odpiąłem przypięty do szałasu rower i delektowałem się jazdą w dół, która zajęła mi niecałe 40 minut. Wywoływałem sporo uśmiechów na czerwonym składaku, który wielu osobom kojarzy się z minioną epoką.

Wykorzystałem znajomości w Kościelisku i szybko namierzyłem pole krokusów. Tam mogłem bez problemu w ciszy i spokoju fotografować. Leżałem zatopiony w myślach i poszukiwaniu kadru, aż tu nagle bezgłośnie podszedł do mnie jamnik i szczeknął mi tuż nad uchem. Skoczyłem na równe nogi, a on ze strachu nie wiedział w którą stronę uciekać. Wszystkiego bym się spodziewał, ale nie jamnika na takim odludziu. Zrobiło się późno. Słońce skryło się za chmurami. Kolejna przygoda dobiegała końca. Pozostało jeszcze wrócić do domu… 

_MG_6548

Chcesz być na bieżąco i nie przegapić kolejnego wpisu? Zapisz się na mój NEWSLETTER. Regularnie będę informował Cię o nowościach i ciekawostkach z moich podróży!


Komentarz

Dodaj komentarz